Wywiad z Aśką Warchał-Beneschi

Beata Pałac: Od rosyjskiej inwazji na Ukrainę oraz masowego napływu ludności z tego kraju do Polski mija ponad dwa miesiące. Przez ten czas mocno wspierałaś działania na rzecz uchodźców angażując większość swojego czasu i zasobów energetyczno-emocjonalnych w działania Koalicji Otwarty Kraków. Działałaś na Dworcu Głównym, teraz jesteś Koordynatorką Krakowskiej Grupy Roboczej ds. Kobiet i Dzieci. Co skłoniło Cię do tego, aby na parę tygodni zawiesić swoje zaangażowanie w pracę na rzecz Muzeum  HERstorii Sztuki w Krakowie, którego jesteś inicjatorką? 

Aśka Warchał-Beneschi: Gdy tylko dowiedziałam się o utworzeniu Koalicji Otwarty Kraków, wiedziałam, że jako Muzuem HERstorii Sztuki będziemy chciały zaangażować się w tę inicjatywę i wspierać kobiety uciekające przed wojną. To jest konflikt, który ma płeć. Przybywają do nas uchodźczynie, w większności matki z dziećmi. Chęć bycia częścią Koalicji wynikała z naszego przekonania, że tworzenie skoordynowanych systemów pomocy jest kluczowe w momentach kryzysowych. Początkowo wychodziłyśmy z założenia, że nasze zaangażowanie będzie dotyczyło obszarów, które nazywamy „jutrem” i „pojutrzem”, czyli dotyczyć będzie działań integracyjnych, edukacyjnych i artystycznych. A jednak mnie pochłonęło „dziś”.

Anna Alboth, aktywistka i współzałożycielka Grupy Granica, która od dawna wspiera osoby w kryzysie uchodźczym, we wpisie na Facebooku przypominała, że pomoc dla innych to długodystansowe wyzwanie. Uważa ona, że to działalność na długo i na bardzo dużą skalę, podkreśla też, że jest to maraton, nie sprint.  Zgadzasz się z jej słowami?

Ja myślę, że jest to i sprint, i maraton, i …sztafeta  (uśmiech). Uważam, że pomoc humanitarna w kryzysie powinna odbywać się na dwóch prędkościach, czyli z jednej strony reagować na najbardziej pilne potrzeby „dziś” (zapewnienie komuś jedzenia, dachu nad głową, spełnienie potrzeb tu i teraz), a z drugiej szukać rozwiązań systemowych, które pozwolą długoterminowo wspierać osoby uchodźcze. Przy tym wszystkim musimy pilnować aspektu sztafety – wymieniać się informacjami i rolami w tym zaangażowaniu, przekazywać sobie wzajemnie obowiązki, by móc odpoczywać i regenerować się. Tak damy radę udźwignąć skalę problemu. 

Jakie wydarzenia zdecydowały, że zaangażowanie Twoje (oraz Muzuem) poszło w kierunku pomocy interwencyjnej i koordynacyjnej?

Warto wspomnieć, że prócz tego, że jestem inicjatorką Muzeum HERstrorii Sztuki w Krakowie oraz historyczką sztuki, od 6 lat jestem członkinią inicjatywy obywatelskiej Witajcie w Krakowie, pro-migranckiej grupy promującej multikulturowość. To bardzo ważna odnoga mojego aktywizmu.  Po wybuchu wojny poszłam na Dworzec Główny w Krakowie sprawdzić, jak wygląda sytuacja. W ciągu pierwszych dni była ona opanowana, potem jednak różne osoby z mojego otoczenia zaczęły donosić mi, że pojawił się chaos, który generuje konkretne niebezpieczeństwa dla naszych gości. Moja kolejna wizyta na dworcu miała miejsce około półtora tygodnia po wybuchu wojny. Trwała 4 godziny i polegała głównie na obserwacji. Mogę z przekonaniem powiedzieć, że ta noc zmieniła moje życie. Zaangażowałam się we wsparcie interwencyjne i koordynacyjne, dzisiaj jestem już zatrudniona w sektorze pomocy humanitarnej.

Nie sądziłam, że jako mama 2-letniego dziecka zdecydujesz się być jedną z osób pracujących na pierwszej linii frontu, zwłaszcza że pierwsza fala entuzjazmu pomocowego była bardzo silna i bardzo dużo osób zgłosiło się właśnie do tego typu działań.  Co skłoniło cię do zmiany zdania?

Na początku rzeczywiście nie sądziłam, że to będzie potrzebne, zwłaszcza, że w listopadzie ubiegłego roku przeżyłam wypalenie aktywistyczne w związku z tym, co dzieje się na granicy polsko-białoruskiej. Zdałam sobie jednak sprawę, że posiadany przeze mnie zestaw kompetencji, pozwala mi bardzo skutecznie działać w sytuacjach kryzysowych, wręcz wydaje się być szyty na aktualne wyzwania. Według popularnego testu Gallupa moim kluczowym talentem jest Strateżka. To talent, który pozwala szybko dostrzegać możliwe rozwiązania problemu, wybierać najbardziej optymalne, a gdy one nie zadziałają, tworzyć alternatywne scenariusze postępowania. Napotykając jakiekolwiek sytuacje, potrafię szybko dostrzec w nich schematy, zauważam szanse i zagrożenia, słabe punkty, przewidzieć możliwe konsekwencje. W zaskakujący sposób bycie mamą też pomaga. Ugruntowuje, nakazuje pracę w sposób zrównoważony.

Co zastałaś na Dworcu Głównym w Krakowie podczas swojej wizyty półtora tygodnia od wybuchu wojny?

Warto zacząć od tego, że był to okres, kiedy – wedle mojej wiedzy – każdego dnia na dworcu pojawiało się między 5 a 10 tysięcy osób (był to najwyższy punkt fali uchodźczej, dla porównania dziś jest to kilkaset osób dziennie). Dzień przed tym, jak zjawiłam się na dworcu po raz drugi, na Facebooku ogłoszono, że zabrakło jedzenia. Krakowianie zareagowali natychmiastowo przynosząc pożywienie, przez co było go za dużo. Też kontakt przypadkowych osób z uchodźczyniami, w szczególności dziećmi uchodźczymi, stwarzał konkretne zagrożenia. Choć najbardziej zaniepokoił mnie brak zunifikowanego systemu kamizelek i identyfikatorów, co stosunkowo szybko udało się rozwiązać staraniem osób koordynujących działania Miasta Kraków na dworcu. Wiem, że takie wprowadzanie zasad spotyka się z różnym przyjęciem. Moje stanowisko jest takie: natychmiastowa pomoc ad hoc, nawet w chaosie jest bardzo potrzebna i cenna. Jednak nawet ona w pewnym momencie staje się systemem, który można odczytać i zinfiltrować. Dlatego z czasem konieczne jest wprowadzenie procedur. Byłam świadkinią sytuacji, kiedy osoba w kamizelce opisanej odręcznie markerem odprowadzała rodzinę uchodźczą do przypadkowego kierowcy. Gdy dzieje się coś takiego, służby pracujące na dworcu nie mają możliwości interwencji, osoby są dorosłe, nie dzieje się nic niepokojącego. A każda odblaskowa kamizelka z automatu wzbudza zaufanie. Jeśli mamy jeden obowiązujący wzór – co dzieje się teraz –  to od razu jesteśmy w stanie we współpracy z służbami wyłapać sytuacje potencjalnie niebezpieczne. 

Jakie jeszcze sytuacje, które miałaś okazję zaobserwować na dworcu podczas swojej wizyty wzbudziły Twoje zaniepokojenie?

Na pewno liczni dziennikarze, którzy w sposób napastliwy (i bez zgody rodziców) filmowali bądź fotografowali dzieci w tak ogromnie stresującym momentach ich życia. Byłam przez kolejne tygodnie świadkinią jak precyzyjnie zagraniczne media były w stanie wyłapać najbardziej dramatyczne tła dla wejść swoich reporterów. Wracając do kwestii rozdawania jedzenia i tamtej nocy: samotny mężczyzna koło czterdziestki rozdający Kinder Niespodzianki. Mnie samej długo zajęło zrozumienie i zaakceptowanie w sobie, że kryzys uchodźczy oznacza zwiększenie ryzyka wystąpienia problemu handlu ludźmi w Polsce. Od 2018 roku w Europie znika bez śladu, głównie z greckich obozów, 17 dzieci uchodźczych dziennie. Nie możemy dopuścić do tego, by nasze zaniedbania przyczyniły się do wzrostu tych statystyk. Na pewno też nie zapomnę nastoletniej dziewczynki, która z pustką w oczach przez kilka godzin głaskała swoją lalkę Barbie. Gdy jej mama stała w kolejce o przydział noclegu, co chwila podchodził do niej ktoś oferujący kanapkę. Wokół niej biegało młodsze rodzeństwo, praktycznie bez opieki. Wtedy nie czułam, że coś mogę dla nich zrobić. Nie zmienię faktu, że ta dziewczynka doświadczyła wojny, musiała opuścić swój dom, nie mam takiej mocy. Ale mogłam podjąć działania, by kolejne dziewczynki przybywające do Polski były bezpieczniejsze.

Ludzie przychodzący na dworzec z darami, które oferowali bezpośrednio uchodźcom mieli na pewno dobre intencje. Gesty te pozwalały im mieć poczucie sprawczości w obliczu sytuacji bez precedensu, kiedy kilkaset kilometrów u naszych sąsiadów toczy się wojna.

Rozumiem potrzebę działania i budowania przez nie poczucie kontroli, sama tak odzyskuję sprawczość w sytuacjach, które wydaję się beznadziejne. Często próbując okiełznać poprzez działanie własny strach możemy dokonać niezwykłych rzeczy, co jest bardzo widoczne i pozytywne podczas tego kryzysu. Natomiast motywacje osoby niosącej wsparcie, jej potrzeby, nigdy nie mogą stać ponad bezpieczeństwem i godnością osoby uchodźczej. W początkowej fazie wojny w social mediach często powtarzane było, by oferować pomoc bezpośrednią, a wtedy „wdzięczność w oczach” będzie za ten wysiłek najpiękniejszą zapłatą. Jeśli oczekujesz wdzięczności w oczach kobiet czy dzieci, którym niesiesz pomoc, dla mnie oznacza to, że nie powinno Cię nawet być w pobliżu miejsc, w których przebywają uchodźcy.

To dość ostre stwierdzenie. Dlaczego tak uważasz?

Nie można na barki osób, które przeszły wojenną traumę nakładać ciężaru swoich własnych oczekiwań. Aby zrozumieć, o czym mówię, warto zadać sobie pytanie, jak my czułybyśmy się na miejscu uchodźczej matki, której dziecku ktoś obcy raz po raz oferuje słodycze, nie pytając ją o zdanie. Tego typu postępowanie stawia matkę w sytuacji skrajnie trudnej emocjonalnie: zwrócenie uwagi osobie oferującej pomoc jest niemal niemożliwe w obliczu wdzięczności, poczucia winy, braku poczuci bezpieczeństwa oraz wielu innych skonfliktowanych emocji, jakie może odczuwać. A to i tak mowa o najbardziej pozytywnym z negatywnych scenariuszu. Chciałabym jednak mocno podkreślić, że 99,9% osób, które pomaga, ma szczere, dobre intencje. Mam nadzieje, że poziom tego zaangażowania utrzyma się jak najdłużej, ponieważ kryzys ten potrwa z całą pewnością jeszcze długi czas. 

Pytanie zatem, co możemy zrobić by ten 0,1% osób, który ma złe intencje i który sytuację kryzysu uchodźczego chcą wykorzystać, nie był w stanie infiltrować tych naszych oddolnych systemów pomocy.

Jest to kluczowa kwestia. Najważniejsze jest zdanie sobie sprawy, że to zagrożenie istnieje. Na dark webie pojawiają się ogłoszenia o tym, że istnieje możliwość „zakupu” Ukrainki zgodnie z preferencjami takimi jak wzrost kolor oczu, włosów czy rozmiar biustu. Kolejnym krokiem jest zbudowanie odpowiedniego systemu, który skutecznie eliminowałby tego typu ryzyka lub pozwalał na wyłapywanie ich odpowiednio wcześnie, dzięki jasnym procedurom raportowania potencjalnie niebezpiecznych sytuacji.  

Porozmawiajmy może teraz nieco o systemie pomocy uchodźcom w naszym mieście. Koalicja Kraków to około 70 organizacji pozarządowych i grup oddolnych, które zrzeszyły się, aby wspólnie pomagać w kryzysie uchodźczym. Dlaczego koalicja powstała i jaką rolę odgrywa w systemie pomocy oferowanym przez rząd Polski i samorząd Krakowa?

Tak jak my w Muzeum HERStorii sztuki, tak i wszystkie podmioty zrzeszone w Koalicji zauważyły potrzebę pomocy w obliczu wojny i napływu uchodźców. W KOK-u funkcjonują różne grupy robocze, mamy nasze – bardzo szerokie – kanały wewnętrznej komunikacji. Wiemy, która organizacja działa w którym obszarze, do kogo możemy zadzwonić mierząc się z konkretnym problemem. To ogromne wsparcie mieć w swojej pracy aż takie plecy! Kordynacja działań, niedublowanie się, gdzie nie jest to potrzebne – to sprawia, że ograniczone zasoby mogą być wykorzystywane na 110%. Oczywiście koordynacja czy komunikacja zawsze są wyzwaniem, gdy wszystkich pochłania codzienna praca, której końca nie widać.

Jak przebiegała współpraca Koalicji Otwarty Kraków z władzami na dworcu?

Nasza rola jako grupy zadaniowej „Dworzec Główny” (utworzonej z mojej inicjatywy i od pierwszej nocy współprowadzonej z Dorotą Ziętek, która pomoc na dworcu niosła już pierwszego dnia wojny) polegała na wydawaniu rekomendacji zarówno zarządowi dworca jak i Urzędowi Miasta Kraków. Muszę powiedzieć, że współpraca ta układała się i wciąż układa naprawdę bardzo dobrze. Miałyśmy poczucie, że rekomendacje, które wydajemy traktowane są poważnie i większość z nich udało się wprowadzić. Jedną z nich była wspomniana, kluczowa rekomendacja dotycząca ujednolicenia kamizelek, czego potrzebę widziałyśmy z resztą nie tylko my, co chcę podkreślić. Obecnie weryfikacja wolontariuszy jest bardzo egzekwowana i służby zatrzymują osoby, które korzystają z nieautoryzowanych kamizelek czy sposobów identyfikacji innych niż ten przyjęty na dworcu. W podobny  sposób udało się bardzo ograniczyć nieautoryzowane plakaty (pisane tylko cyrylicą i przyklejane w przypadkowych miejscach). W pierwszych dniach kryzysu wszędzie można było zobaczyć tego typu wydruki kierowane do uchodźców – dotyczyło one często opcji transportu do niezweryfikowanych lokalizacji i były wywieszane często przez osoby niewzbudzające zaufania. 

W ciągu miesiąca działania grupy zadaniowej Dworzec Główny udało się wprowadzić najpilniejsze regulacje i grupa przeszła w stan uśpienia. Co dalej?

Zadecydowałyśmy, że grupa spełniła swoją rolę konsultacyjną, ciągle zmniejsza się też liczba napływających do Krakowa uchodźców. Powołałyśmy natomiast nową grupę – Krakowską Grupę Roboczą ds. Kobiet i Dzieci. Jej celem jest ulepszanie standardów bezpieczeństwa i zapewnianie godności kobietom i dzieciom uchodźczym. W jej skład wchodzi zarówno Koalicja Otwarty Kraków jak i Letjaha (koalicja kolektywów oddolnych). Współpracujemy również z Miastem Kraków oraz UNHCR-em. 

Niesienie pomocy osobom straumatyzowanym to niełatwe zadanie, które wymaga zachowania dystansu wobec wojennych historii, z którymi przychodzi się zetknąć wolontariuszom. Organizowane są szkolenia, które uczą profesjonalizmu i pozwalają nieprzejmować traum uchodźców na siebie. Jakie jest Twoje podejście do tej kwestii? Jak radzisz sobie z wyzwaniami pracy humanitarnej?

W moim przypadku nie sprawdza się całkowite odcinanie się emocjonalne od osób, dla których pracuję. Pozwalam sobie raz na jakiś czas jakąś dopuścić do siebie, by pamiętać dlaczgo robię to, co robię. Też na pewno jest mi łatwiej te momenty wybierać, bo nie jestem osobą pierwszego kontaktu dla uchodźczyń, nie mówię po ukraińsku. Oprócz dziewczynki z lalką Barbie, sceną, którą świadomie chcę pamiętać, to zabawa młodej matki z synkiem na dworcu. Ukryli się pod ruchomymi schodami i byli całym swoim światem. Dziecko w wieku mojego synka śmiało się i świetnie bawiło, a ja wiedziełam, że to dzięki namiotowi ochronnemu miłości tej mamy, która sama jest przerażona. Wiedziałam, bo sama robię dokładnie tak samo: kiedy się boję, jestem najwspanialszą wersją siebie jako mamy, byle by moje dziecko nie poczuło tego strachu. Zobaczyłam siebie.

W kontekście pomocy uchodźcom wojennym wiele mówi się o tym jak ważne jest mądre pomaganie to znaczy takie, które w pierwszym rzędzie bierze pod uwagę nasze własne możliwości i zasoby. Jakie narzędzia mamy do dyspozycji w tym zakresie?

Bardzo ważne jest profesjonalne wsparcie psychologiczne dla osób wolontaryjnie pracujących z osobami, które doświadczyły traumy (wojennej i innej). Równie istotna jest też samoświadomość – każda osoba funkcjonuje w obrębie swoich własnych talentów i umiejętności. Ja jestem osobą, która sprawnie działa w obszarze optymalizacji systemów, definiowania i rozwiązywania problemów – to moje kluczowe umiejętności. Myślę, że w sytuacjach kryzysowych działanie w obrębie talentów, czyli tego co już się umie, jest najbardziej skuteczne. Oczywiście w toku działania uczymy się szeregu nowych rzeczy, ale aby działać efektywnie najlepiej sięgnąć po to, co przychodzi nam naturalnie. To, co jest konieczne, to odpoczynek, a nawet rozrywka. Mówiąc o odpoczynku od pracy humanitarnej od razu przychodzą nam do głowy wątpliwości. Czy odpoczynek jest możliwy w obliczu faktu, że od naszej pracy zależy bezpieczeństwo wielu osób?  Jak odpoczywać, kiedy Twoje social media zalewają zdjęcia z Buczy? To pytania, które stawia sobie każda osoba pracująca humanitarnie. Bycie w dobrej kondycji (zarówno psychicznie jak i fizycznie) determinuje skuteczność naszych działań. Niewyspani czy głodni jesteśmy bardziej narażeni na popełnianie błędów, potrzebę upustu emocji czy inne nieprofesjonalne zachowania. Ale też my jako osoby, po prostu jesteśmy ważne i cenne, nasz dobrostan się liczy.

Jakie masz strategie na to, aby odpoczynek nie był zawsze ostatni na liście twoich priorytetów?

Pierwszy raz z potrzebą świadomego znajdowania przestrzeni na relaks zetknęłam się zostając mamą. Od lat mam przywilej zajmowania się zawodowo sprawami, które są moją pasją, jako osoba wysoko sprawcza sama wymyślam sobie zajęcia. To sprawia, że często sprawy zawodowe mocno mnie pochłaniają. Pojawienie się dziecka sprawiło, że jasne rozdzielenie czasu pomiędzy pracę i życie rodzinne stało się konieczne. W mierzeniu się z tym wyzwaniem wiele dały mi materiały Pani Swojego Czasu, która poleca wracać do pytania „Co jest dla mnie naprawdę ważne?”. Jeśli rodzina, to czy faktycznie moje zachowanie to potwierdza? Pilnowanie tego, by nie przekraczać ustalonych zawczasu godzin przeznaczonych na pracę, życie rodzinne, siebie jest dla mnie ważne, ponieważ wiem z doświadczenia, że jeśli na to pozwalam, koszt tego typu przekroczeń jest zbyt wysoki i nie chcę go więcej ponosić. Nabyta wtedy samoświadomość bardzo przydaje się  teraz, w kryzysie uchodźczym. Bardzo rygorystycznie to wszystko brzmi, w rzeczywistości pewne „odwalanie się od siebie” jest konieczne, gdy coś jednak z tych ram czasem się wyłamie.

Jak Ty zadbałaś o siebie w związku z podjęciem decyzji o byciu koordynatorką grupy zadaniowej na dworcu głównym?

Po wizycie na dworcu, w pierwszym rzędzie porozmawiałam z mężem – powiedziałam mu co chciałabym zrobić i wspólnie zastanowiliśmy się nad tym, czy możemy sobie jako rodzina na to pozwolić. Jasnym było dla mnie, że w sytuacji, kiedy obejmuję funkcję koordynatorki działań grupy zadaniowej, to on staje się głównym rodzicem dla naszego dziecka. W obliczu mojej decyzji nasz rytm funkcjonowania zostaje zaburzony, w związku z czym to on musiał zdecydować czy jest w stanie na okres mojej pracy przejąć większość obowiązków domowych. Wyraził na to zgodę i z mojej perspektywy to był jego wkład w działania pomocowe, jego wolontariat. Drugim dużym obszarem mojej codziennej działalności jest Muzeum HERstorii Sztuki. Przyjęcie roli koordynatorki wiązało się z dylematami dotyczącymi tego, czy jestem w stanie porzucić wszystkie bieżące działania, przekazać je, a potem do nich wrócić.  W tym względzie pomocna okazała się wyjściowa zasada, którą sformułowałam inicjując Muzeum jako mama 1.5–rocznego dziecka. Jest to zasada „życie ponad sprawą”. 

Co oznacza ona w praktyce?

Jest to zasada, która powstała nieco w opozycji do tradycyjnej „idei ponad wszystko”, którą znamy z książek do historii. Możliwość poświęcenia wszystkiego dla wyższej sprawy to w mojej opinii rodzaj przywileju. Po tym jak bohater idzie walczyć o sprawę, ktoś inny (najczęściej kobiety) zostaje i zajmuje się życiem, domem, dziećmi, osobami starszymi. Wiedziałam, że jako rodzic chcę zawsze mieć możliwość wyjścia z inicjatywy społecznej, ponieważ to moja rodzina jest dla mnie priorytetem. W toku rozmów z innym kobietami, które interesowały się ideą Muzeum okazało się, że również dla nich ważne było to, aby wymiar ich zaangażowania był dopasowany do ich możliwości, często ograniczonych różnego typu zobowiązaniami. Zasada „życie ponad sprawą” miała na celu odciążenie kobiet z poczucia winy, że nie angażują się w działania Muzeum na 100% i docenienie wartości ich wkładu, jakikolwiek by był. Wierzę, że rozwiązaniem dylematu „sprawa czy życie?” jest uznanie „sprawy/idei” za kolektywną, a nie zależną od poświecenia jednej osoby – bohatera. Zbiorowa odpowiedzialność sprawia, że jeśli jedna osoba musi na jakiś czas oddalić się od inicjatywy z uwagi na swoje zobowiązania, idea – która przyświeca wszystkim – nie umiera, lecz jest kontynuowana dzięki pozostałym zaangażowanym w działania na jej rzecz osobom. Nagrodą za taki „zrównoważony aktywizm” jest zadowolenie z naszego życia tu i teraz. 

Jakie techniki relaksacyjne według ciebie sprawdzają się przy łapaniu równowagi między życiem prywatnym a zawodowym. Jakie metody Ty stosowałaś okresie wytężonej i trudnej emocjonalnie pracy?

Myślę, że ważna jest świadomość tego, co działa konkretnie na nas. Wiele z nas ma sprawdzone metody na odpoczynek, wie co nas relaksuje. Niezależnie do tego co to jest i jak może być postrzegane przez zewnętrzny świat, warto je zdiagnozować i stosować. W moim przypadku są to samotne wyprawy do kina, wycieczki za miasto, obcowanie z wodą (bardzo lubię np. Bagry) i zabawy z moim synem. Mogą to być również codzienne, małe rytuały, autozaklęcia dające nam poczucie spokoju i równowagi. Warto też czerpać wsparcie od bliskich nam osób, zadbać o posiadanie bezpiecznej przestrzeni, w której można wyrzucić z siebie wszystkie frustracje bez obawy o bycie ocenianą. Mnie pomagają w tym rozmowy z kobietami, które podobnie jak ja pracują na co dzień w pomocy humanitarnej i  mierzą się z podobnymi wyzwaniami, co ja. Daje to oparcie i poczucie bycia częścią wspólnoty, kolektywu podobnie myślących ludzi. 

Z perspektywy czasu co dało Ci doświadczenie pracy z uchodźcami na dworcu? Czy dzięki niemu nastąpiły w Twoim życiu jakieś istotne zmiany?

Po okresie funkcjonowania przez prawie miesiąc w trybie wojny nastąpił powrót do działań bardziej zrównoważonych. Wróciłam do działań na rzecz Muzeum, choć w dużo bardziej ograniczonym zakresie niż wcześniej, a także zdecydowałam się na stałą współpracę zawodową z globalną organizacją VOICE Amplified, która działa na rzecz kobiet i dziewczynek w kryzysie. Zostałam liderką polskiego zespołu tej organizacji. Widzę to jako efekt mojej dotychczasowej działalności wolontariackiej, przekraczającej cały etat i regularne godziny pracy (śmiech). Decyzja o podjęciu pracy etatowej na rzecz jednej konkretnej organizacji wiązała się z moją potrzebą stabilizacji zatrudnienia. Stały za tym z jednej strony powody ekonomiczne, ale również potrzeby rozłożenia odpowiedzialności za podejmowania działania. Na tym etapie życia jest dla mnie ważna możliwości wyłączenia się z biegu spraw po określonej godzinie i pewność, że będzie ktoś, kto nadal trzyma rękę na pulsie. Przy tej okazji chciałabym zwrócić uwagę na kwestię finansowanie płac osób pracujących w organizacjach pozarządowych, które są najbardziej aktywne pomocowo. Bez godnego wynagradzania pracowników trzeciego sektora bardzo trudno jest utrzymać ciągłość systemu pomocowego. Najczęściej osoby zatrudnione w sektorze NGO pracują za dużo, a ich płace są za niskie w stosunku do ilości obowiązków i poziomu kompetencji. Aby móc związać koniec z końcem często pracują również dodatkowo w innych miejscach. Dotyczy to również wolontariatu – uważam, że bardzo ważną sprawą jest to, aby osoby pracujące za darmo na rzecz innych były odpowiednio zabezpieczone oraz otrzymywały narzędzia (np. w postaci szkoleń), które pozwolą im wzrastać dzięki temu doświadczeniu. 

Jak zamierzasz łączyć pracę w VOICE Amplified z działalnością na rzecz Muzuem HERstorii Sztuki?

Po okresie wdrożenia w nową rolę będę w stanie określić, ile czasu mogę przeznaczyć na wolontariat muzealny. Na pewno będę nadal angażować się w działania Muzeum i myślę, że wciąż będę mogła wiele zaoferować odbiorczyniom naszych działań. Moja nieobecność w związku z pracą koordynacyjną na dworcu pokazała, że kolektywny model zarządzania Muzeum świetnie się sprawdza, w związku z czym jestem spokojna o przyszłość naszej inicjatywy. Dziewczyny wykonały kawał doskonałej roboty, by wspomnieć tylko świetnie przyjętą w środowisku naukowym konferencję i cykl wydarzeń „Czas pozytywistek”. Choć było mi przykro, że nie mogłam w nich uczestniczyć, było to konsekwencją decyzji, którą podjęłam w pełni świadomie. Decyzji, która – powtórzę nieco patetycznie – odmieniła moje życie. 

Czego nauczyłaś się o sobie, ludziach, naszym społeczeństwie dzięki doświadczeniu pracy podczas wojny? Czy coś cię zaskoczyło?

Jeśli chodzi o wymiar personalny to z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że nigdy wcześniej w moim życiu nie pracowałam tak bardzo w pełni mojego potencjału. Wszystkie niepewności czy wstyd, jakie niekiedy towarzyszyły mi przy moich poprzednich przedsięwzięciach teraz przestały mieć znaczenie – z uwagi nie tylko na tempo pracy, ale przede wszystkim wagę celu, jaki nam przyświeca. Było i jest ciekawe obserwować siebie w tak dziwnym kontekście zawodowym. Ostatnio przeczytałam wywiad z polskim chirurgiem operującym żołnierzy we Lwowie, miał zaskakująco podobne refleksje. Inną ważną konkluzją było, że tak jak konflikt rosyjsko-ukraiński ma płeć, tak odpowiedź na ten konflikt również ją posiada.

Co masz na myśli?

Odpowiedzią na kryzys uchodźczy w Polsce przewodzą kobiety. Jako herstoryczka sztuki od kilku lat zajmująca się tylko sztuką kobiet i zadająca sobie pytania takie jak: co to znaczy sztuka kobiet, czy istnieje coś takiego jak kobiecy styl tworzenia czy zarządzania, muszę powiedzieć, że w obliczu moich ostatnich doświadczeń odpowiedź na to pytanie jest pozytywna. Ów kobiecy styl pracy, działania, kreowania zobaczyłam na własne oczy obserwując urzędniczki, kobiety na stanowiskach zarządczych tak w sektorze publicznym, jak i w NGO-sach. W czym się on przejawiał? Wszystkie one w momencie, w którym miały za zadanie zapewnić uchodźcom bezpieczeństwo, jednocześnie myślały o godności tych osób. Do tego dołożyłabym też umiejętność pracy w grupie i przekonanie o mocy kolektywnej pracy i zbiorowej odpowiedzialności. Mam wobec tego typu postaw ogromny podziw i wiele takich tytanek pracy humanitarnej obserwuję w ramach codziennej pracy (wiecie, że to o Was mówię!). Dają mi one nadzieję, że mimo trudności damy sobie radę, że dzięki mocy kobiecego stylu zarządzania w tym kryzysie nie zawiedziemy ukraińskich kobiet i dzieci, które potrzebują naszego wsparcia. 

Na koniec pytanie, które zadajemy wszystkim sprawczym kobietom, z którymi rozmawiamy. Co byś powiedziała młodym kobietom, które dopiero wkraczają na rynek pracy i mierzą się z wieloma wątpliwościami oraz barierami, zarówno wewnętrznymi jak i zewnętrznymi?

Warto znajdywać w sobie odwagę, by podążać za tym, co podpowiada nam intuicja. Ja nie zdobyłabym pracy w VOICE Amplified, gdybym nie zapytała wprost czy nie szukają kogoś na stałe w Polsce podczas przypadkowego spotkania. Warto inwestować w to, co podpowiada nam przeczucie, nie analizować przesadnie, lecz działać i próbować swoich sił na różnych polach. Mieć świadomość, że wiele z tych prób będzie nieudanych, a nasze marzenia będą legać w gruzach. Uczyć się z tych doświadczeń, otrzepywać kurz i znów skakać na główkę. Nie bać się porzucać czegoś w pół drogi lub na finiszu, jeśli okaże się jednak nie dla nas. To może brzmieć jak okrągłe frazesy, ale chciałabym tym młodszym koleżankom powiedzieć, że mnie wiele kosztowało przepracowanie perfekcjonizmu – nie warto tracić na niego życia, spróbujcie zrobić to szybciej, niż ja! Słuchając jednego z podcastów właśnie Pani Swojego Czasu, pomyślałam: „Och, jak super byłoby być taką osobą, co ciągle czegoś nowego próbuje pomimo porażek!” i wtedy zdałam sobie sprawę, że „Aśka, to przecież Ty”! Tylko tak bardzo byłam zażenowana, że czegoś nie udawało mi się dokończyć, zrealizować jak chciałam, w ogóle tego w sobie nie doceniałam. Jak zaczęłam, odblokowałam ogrom potencjału, stałam się bardziej widoczna w świecie. Bardzo też staram się w sobie pielęgnować taki rodzaj naiwności, który pozwala zachwycać się zwykłym życiem i cały czas mieć nadzieję na lepsze jutro. To pomaga w pracy z pasji czy z etycznego przekonania. Jeśli chodzi o konkrety: zgłaszać się na wolontariaty, testować co nam się podoba, zdobywać nowe umiejętności. A jeszcze bardziej konkretnie: zgłosić się na wolontariat w odpowiedzi na obecny kryzys, aktualnie jest ogromna potrzeba rąk do pracy! Jak zaskakujące efekty zawodowo może dać takie tempo działania, sama jestem najlepszym przykładem (śmiech).