Nasze poruszenia: Mira Marcinów „Bezmatek”

Swoją mamę oceniałam zawsze surowo. Nie umiałam spojrzeć na to, co robi i mówi, jakie ma rytuały, mimikę i gesty, nie umiałam na to spojrzeć i opisać z reporterską precyzją, bez nadużywania przymiotników. Myślałam o wszystkim przez pryzmat emocji, które we mnie wywołuje. Gdy mówiłam o niej, tak naprawdę mówiłam o sobie; o tym, jak na mnie oddziałuje.

Mira Marcinów w książce „Bezmatek” opisuje matkę z sentymentem, oczami osoby zakochanej – ale takiej, która dostrzega i chłonie wszelkie detale zwykłej codzienności.

„Nasza miłość była piękna i niezdrowa.”

Ta lektura jest opowieścią o relacji matki z córką. A może bardziej: córki z matką. Piękno nieidealnych wspomnień, które choć niewysłodzone, wybrzmiewają czułością. Pożegnanie z umierającą rodzicielką. Żałoba trwająca jakby zbyt długo i za mocno.

Czytałam i myślałam:

hej, przecież ona jest tak podobna do mojej mamy – i tak różna – lecz obie zupełnie nie wpisują się w kanon idealnej matki

(czy którejkolwiek się to udaje? czy wejście w rolę matki to zgoda na dożywotnie bycie pod presją i oskarżenia o niespełnianie wymogów? dlaczego obarczamy matki nadmiernymi oczekiwaniami? jak one sobie z tym radzą? czy mają jeszcze prawo do swoich emocji, poglądów, wyborów, do szczęścia?)

Czytałam i myślałam o mojej mamie, myślałam o niej jak o człowieku, złożonym z krwi i kości, z uczuć i myśli, sukcesów i porażek, radości i cierpienia, z wielu doświadczeń. Myślałam o niej z wyrozumiałością, wdzięcznością, miłością.

„- Nigdy siebie nie kochałam. – I płacze jak dziecko. Zasmarkane.

 Ostatnie słowa mojej matki. Kiedy była już nieprzytomna, przez trzy dni przed śmiercią, próbowałam ją przekonać do miłości własnej. Pokochaj się, mamo. I wyliczałam, dlaczego powinna siebie pokochać, dlaczego ja ją tak kocham. Jakby można było przekonać kogoś do miłości. Jakby kochało się za coś.”

Kocham Cię, mamo.

(Klaudia Hajto)