Nasze Poruszenia: „O pisaniu” Margaret Atwood

Kiedy byłam mała, chciałam zostać pisarką. Pisałam dużo, chętnie – wiersze, opowiadania, wypracowania – i wszystko to spotykało się z uznaniem dorosłych, czy to rodziców, czy nauczycielek. Chyba lubiłam to robić, ale faktem jest, że ja ogólnie lubię robić rzeczy, które potem są komplementowane. Obawiam się, że gdybym spotkała się z krytyką, zapał pisarski minąłby szybko.

Margaret Atwood w opowieściach zawartych w zbiorze  “O pisaniu” rozróżnia mocno potrzebę pisania i potrzebę bycia pisarką. Przywołało to moje wspomnienia z lat dziecięcych; książka ma dużo wątków autobiograficznych, nazwałabym ją osobistą, więc i ja postanowiłam stworzyć ten tekst trochę w ten sposób. Czy zatem chciałam pisać? Czy jednak być pisarką? Trudno mi na 100% odpowiedzieć dziś za tamtą dziesięciolatkę, ale zdaje się, że jednak chodziło jej o rolę pisarki – bardziej o funkcję społeczną, z jaką ta rola się wiąże. Bo to, co na pewno łączy mnie i tamtą dziewczynę nadal, to dogłębna potrzeba wpływania na ludzi i otaczający nas świat.

Celowo i być może dość osobliwie napisałam o młodszej sobie w trzeciej osobie. Autorka “Opowieści podręcznej” w omawianej lekturze dużo uwagi poświęca teorii dwoistej świadomości osoby pisarskiej. Jest ta fizyczna, która żyje, płaci rachunki i w końcu też musi umrzeć. Jest też ta druga, pisząca, oderwana od ciała, której jedynym zadaniem jest tworzyć, która to pozostaje wieczna w swoich książkach. Poruszany jest też wątek roli społecznej Sztuki – pisania. Czy można lub czy wypada tworzyć Sztukę dla Sztuki? Czy osoba pisarka może godziwie zarabiać, czy powinna?

Tak, wszystkie te wątki były już wielokrotnie przez innych artystów, artystki poruszane. Atwood robi to po swojemu, ze spokojnym dystansem, a jednak subiektywnie nawiązując do własnych doświadczeń jako pisarki. Chyba właśnie te wątki autobiograficzne podobają mi się najbardziej. Poznawanie herstorii kobiet z poprzednich pokoleń jest zawsze wzmacniające.

Co do mnie… Pisarką nie zostałam😀 Artystką innej dziedziny sztuki też raczej niekoniecznie. Ale to nic. Nawet już nie zazdroszczę, kiedy słyszę, czytam, że jakaś osoba, jak Atwood choćby, wiedziała już jako nastolatka, co chce w życiu robić i temu faktycznie poświęciła życie. Dziś ten brak pewności swojego “powołania” wydaje mi się niezwykle aktywizujący. Jestem i to wystarcza, abym czuła się dobrze. Mogę robić wszystko i codziennie wybieram, jak chcę, aby mój kolejny dzień wyglądał. Co może być bardziej inspirujące?

Aneta Pawłowska