Nasze Poruszenia: „Ziemianki. Co panie z dworów łączyło z chłopkami” Marta Strzelecka

Ziemianki to autonomiczna pozycja literacka i – w kontrze do niektórych głosów – właśnie na taką lekturę zasługuje. Marta Strzelecka swoją soczewkę badawczą koncentruje na obszarze Lubelszczyzny. Najbliższy jest jej zwłaszcza Nałęczów. Punktem wyjścia jest dla autorki niedoświetlony dziś problem – a mianowicie apatia mężczyzn będąca długotrwałą konsekwencją powstania styczniowego. W tym ujęciu Strzelecka ukazuje szaleństwo zobowiązań i presji nałożonej na ziemianki. Dla tych kobiet tymczasem prysznicem był strumień wody z konewki, środowisko powtarzało im, że „lepiej nie umieć pisać niż nie umieć cerować”, a pralki i żelazka polecano jako doskonałe prezenty dlań na gwiazdkę.

Książka podejmuje trudne tematy już na jednostkowym szczeblu. To choćby kwestia porzucanych marzeń o studiach i zgoda na posłuszne wspieranie mężów. Na przód wysuwa się choćby sylwetka młodej Marii Kleniewskiej, która pod wpływem zauroczenia jubileuszem Kraszewskiego i obecności Heleny Modrzejewskiej zapragnęła włączyć się w świat artystyczny. Jednak małżeństwo przekreśliło tę ścieżkę, narzucając jej rolę gospodyni. Niemniej warto dziś przypomnieć, że dzięki jej zasługom Zjednoczone Koło Ziemianek nawiązało współpracę z podobnymi ugrupowaniami we Francji, Holandii Niemczech i Anglii, a polskie przedstawicielki zasiadały w Międzynarodowej Radzie Kobiet w Londynie.

Ta pozycja książkowa odsłania wielowymiarowość ziemianek. Uświadamiamy sobie, że kursy edukacyjne prowadziły one zarówno dla młodszych kobiet ze swojej klasy, jak i dbały zapewnienie o podstawowych umiejętności chłopkom (nazywały się nawet ich przewodniczkami). Ziemianki uczęszczały na kurs pieczenia, tworzyły zbiory przepisów na konfitury oraz brały udział w lekcjach czyszczenia lamp naftowych, bieliźniarstwa, prania i prasowania. Stowarzyszenie uruchamiało im kurs robienia poduszek, nakrywania do stołów i świątecznego ozdabiania domów. Kursantki właściwie „budowały siebie od nowa”. Gdzieniegdzie odbywała się też nauka gry na instrumentach oraz emisji głosu, a pod powierzchnią trwała sieć tajnych lekcji zmniejszających analfabetyzm u włościan.

Funkcjonowały także zajęcia dla ziemianek takie jak: ogrodnictwo, mleczarstwo, haftowanie symboli narodowych, uprawa nasion i ziół aptecznych czy wychowywanie dzieci. Co więcej, spotykały się one, aby czytać wiersze, śpiewać (najczęściej pieśni religijne bądź patriotyczne), szyć odzież, organizowano również pogadanki patriotyczne… Były to zebrania, które „mogły przypominać dzisiejsze spotkania klubów książki”. Strzelecka błyskotliwie zderzyła je natomiast z refleksją o Phyllis Schlafly, amerykańskiej, prawicowej działaczce, której konserwatywne koleżanki podczas analogicznych spotkań omawiały sposoby walki z ruchem feministycznym.

Ziemianki dorastały w strachu przed krytycyzmem matek. Jednak mimowolnie prowadziły też na ich przykładzie obserwacje dotyczące puli cech, które budziły podziw. We własnych dworkach administrowały rachunkami i zatrudniały guwernantki, a praca społeczna była w tych kręgach traktowana jak hobby. Mniej może uświadamianymi sobie dziś postulatami ziemianek były: walka z okrucieństwem wobec zwierząt, tworzenie teatrów ludowych i ochrona przyrody. Angażowały się w wynajdywanie sposobów na domowy recykling, uprawę pomidorów oraz projektowanie spiżarń. Jednocześnie miały misję uczenia włościanek: higieny, opieki lekarskiej i opieki nad noworodkami; odżegnywały je też od przesądów wiejskich dotyczących sposobów leczenia.

Sympatycznym elementem jest, że w książce pojawia się sylwetka Rachel Lynde z Anne z Zielonych Szczytów oraz czytany przez Wacławę Mokrzecką egzemplarz powieści Małe kobietki Louisy May Alcott. Na jednej ze zamieszczonych fotografii dziewczęta z Nałęczowa nawet przypominają siostry March, bowiem w przebraniach i z przyklejonymi wąsami odgrywały amatorski spektakl teatralny. Cieszę się, że w uwidocznienie kobiet z tych bliskich mi regionów włożono tyle naukowego zapału.

––––

„Szkoły ziemianek nie uczyły, jak być emancypantką. Ale pomiędzy lekcjami gotowania czy pielęgnowania ogródka uczennice nabierały pewności siebie, przekonania, że same mogą zarządzać domem albo zarabiać, co często wystarczało, żeby nie uzależniać swojej przyszłości od dobrego zamążpójścia. W tym sensie kursy ziemianek często dawały uczennicom więcej, niż mógł im zapewnić dom. Zdarzało się, że nauka w tych szkołach, tworzonych przez środowisko konserwatywne, wiązała się z szansą na wyjście z patriarchatu”.

Wacława Mokrzecka o swoim pobycie w szkole ziemianek pisała: „Uczyłyśmy się szycia, szydełkowania, haftu, gotowania. Tego, co jest przydatne w życiu rodzinnym. Jednym wydaje się to dobrze, innym mniej. Wszystko zależne jest od warunków, w jakich żyjemy”.

Angażowały się w wynajdywanie sposobów na domowy recykling, uprawę pomidorów oraz projektowanie spiżarń. Jednocześnie miały misję uczenia włościanek: higieny, opieki lekarskiej i opieki nad noworodkami; odżegnywały je też od przesądów wiejskich dotyczących sposobów leczenia.