Nasze Poruszenia: „Od jednego Lucypera” Anna Dziewit-Meller

Czy tego chciałam, czy nie, Śląsk był we mnie od zawsze. Może za sprawą mężczyzn z rodziny pracujących na kopalni, a może po prostu dlatego, że się tu urodziłam. I choć góry również płynęły w moich żyłach – za sprawą dziadka z Beskidów – to Śląsk, ten przedziwny teren z łysymi wzgórzami, uwierał mnie i gniótł. Kochałam go i nienawidziłam jednocześnie.

Wychowana w dzielnicy o wątpliwej reputacji, pamiętam szalone lata 90., kiedy pod moim domem zbierali się skinheadzi idący na ustawkę. Moja mama pracowała jako barmanka w jedynym barze, znała więc cały lokalny “element”, a ja – jako córka największego *gieroja* w naszej dzielnicy – mogłam więcej. To wtedy pierwszy raz usłyszałam o prababci, która jako panna postawiła dom, w którym mieszkaliśmy. Była oddziałową pobliskiego szpitala psychiatrycznego, a potem wyszła za wdowca – sztygara, który w 1919 roku stracił obie nogi w wypadku na kopalni. Apodyktyczna i nieustępliwa, przez dekady pozostawała dla mnie zagadką. Zmarła kilka lat przed moimi narodzinami, a jedyne, co o niej słyszałam, to że Maryjka to by mnie z domu wyrzuciła. Nie mogłam tego pojąć. Jak to – kobieta na Śląsku mogła mieć coś do powiedzenia?

Jak wyglądało życie kobiet po wojnie? Przeglądałam stare zdjęcia z licznych imprez w naszym domu, widziałam sąsiadki (teraz już staruszki) tańczące w sukienkach i śmiejące się w głos. Szukałam.

I po latach trafiła w moje ręce ona – pierwsza książka o powojennej historii Śląska napisana z kobiecej perspektywy. O brudzie robotniczych dzielnic. O nadużyciach, jakich wobec nich się dopuszczano. O historii ich pracy, którą postanowiono przemilczeć. O alkoholizmie ich mężów i ich samych. To nie jest historia lekka, ale jest cholernie wciągająca i potrzebna.

*Od jednego Lucypera*, bo o tej książce piszę, łączy w sobie współczesną narrację – zmagania z zaburzeniami odżywiania w tle – z opowieścią o kobiecym wkładzie w budowanie „socjalistycznej potęgi”. Nie znajdziesz tu pięknych, prostych relacji rodzinnych. Za to nie brakuje dosadnego obrazu tego, jak nasze matki wpływały na postrzeganie naszych ciał, jak historie naszych babek były marginalizowane lub wręcz ukrywane pod ciężarem narzuconego wstydu.

Jako Ślązaczka czuję się okradziona ze znacznej części swojej historii. Nie uczyłam się o niej w szkole, bo gdy kończyłam edukację 20 lat temu,  historia Śląska była kompletnie pomijana. Nie rozumiałam niechęci Ślązaków do reszty Polski, nie wiedziałam, że jej korzenie tkwią w wydarzeniach sprzed 80 lat. A przede wszystkim brakowało mi opowieści, z którymi mogłabym się utożsamiać jako kobieta.

*Od jednego Lucypera* pomogło mi zrozumieć moje korzenie. Z każdą przewróconą kartką rósł mój szacunek dla tych wszystkich kobiet ze starych fotografii. Bo nasza historia, historia śląskich kobiet, to nie tylko klepanie rolad i kulanie klusek. To opowieść często tragiczna, trudna, a co najgorsze – przemilczana.  To historia, o której powinniśmy rozmawiać częściej – i którą powinna poznać reszta kraju.

Karolna Gorzolnik