Aga Szuścik – jest edukatorką z zakresu ginekologii, onkologii oraz doświadczenia pacjenckiego. Tworzy treści promujące profilaktykę oraz zdrowy styl życia. W sposób dostępny prezentuje wiedzę na swoich kanałach, licznych wystąpieniach oraz tworzonych kampaniach. Napisała książki „GinekoLOGICZNIE” oraz „Zdrówka! 14 kroków do zdrowszego życia”. Porusza kwestie zdrowia i seksualności kobiet, obalając krzywdzące mity, stereotypy oraz poczucie wstydu.
Chciałabym zapytać, jak czujesz się po premierze Twojej najnowszej książki Zdrówka? Jak udaje Ci się organizować czas? Bardzo dużo pracujesz, niedawno ukończyłaś trasę promocyjną, prowadzisz szkolenia, podcast.
Rzeczywiście dużo się dzieje i mam wrażenie, że od początku mojej działalności dzieje się coraz więcej. Książka radzi sobie bardzo dobrze, nie ukrywam, że ożywiła też bardzo mocno zainteresowanie pierwszą książką. Wiele osób zasila swoje biblioteczki poradami, jak żyć zdrowiej. Podcasty też idą coraz lepiej i cały czas udaje mi się utrzymywać model polegający na tym, że poza książkami cała wiedza, którą się dzielę, jest dostępna za darmo. Dzieje się coraz więcej, przez co, niestety, znakomitej większości propozycji muszę odmawiać, żeby po prostu dać radę realizować jak najlepiej te rzeczy, które robię. Natomiast czuję, że wszystko to układamy sobie całkiem nieźle. Razem z moim mężem Maćkiem, z którym współpracujemy, dosłownie wczoraj dokończyliśmy układanie całego naszego planu na najbliższe lata. Zobaczymy, jak to będzie. Ja staram się tak samo, jak na początku, a może nawet i bardziej.
Co jest dla Ciebie najważniejsze i najbardziej motywujące w Twojej działalności?a
Mogłoby się wydawać, że najbardziej motywują mnie rosnące zasięgi w mediach społecznościowych czy nagrody, jak Nagroda Bujwidowej, którą mogłam otrzymać dzięki Waszej nominacji. Oczywiście, jest to dla mnie ogromna radość i wielka motywacja, jednak najbardziej motywują mnie te pojedyncze wiadomości. Na przykład: dowiedziałam się, że mam raka, ale wiem co robić, bo obserwuję Twój profil. Mój mąż wreszcie zrozumiał, czym jest moja endometrioza, bo przeczytał to w Twojej książce. Dzięki Twojej działalności rzuciłam codzienne noszenie wkładek i skończyły się nawracające infekcje, przypomniałaś mi o badaniach profilaktycznych i zapisałam się na cytologię czy test na HPV. To, że zasypiam i budzę się z czystym sumieniem, z poczuciem spełnienia, tego, że robię coś ważnego i że wszystkie obowiązki i pracę mogę dzielić z też to uwielbiającym mężem, to taka prywatna zaleta.
Jak udaje się Wam łączyć życie prywatne i zawodowe razem, bardzo dużo pracujecie?
Gdy zaczęliśmy pracować razem kilka lat temu, były dwie duże trudności. Po pierwsze, kompletnie nie umieliśmy tego rozpisać – mieliśmy problem z tym, czy kiedy jemy razem śniadanie, to powinniśmy rozmawiać o pracy, czy może robiąc to, zaburzamy life balance i psujemy nasz związek? Nie umieliśmy też ogarnąć, co robić z pieniędzmi, jak powinniśmy dzielić się zarobkami, skoro trafiają do wspólnej puli, ale przy niektórych zadaniach ja robię więcej, przy innych Maciek. Drugim, cholernie problematycznym obszarem było to, że – jak wszyscy w społeczeństwie – weszliśmy do tej sytuacji obciążeni mnóstwem stereotypów na temat tego, że nie powinno się spędzać tyle czasu razem, bo to niezdrowe, że jak się jednocześnie pracuje ze sobą, a później spędza razem czas, to nic z tego nie będzie.
Ten pierwszy obszar udało się nam po prostu poukładać, stereotypy mamy gdzieś, całkowicie je odrzuciliśmy i muszę powiedzieć, że uwielbiamy razem pracować. Na wszystkie wyjazdy szkoleniowe zawsze jeździmy razem, w ogóle nie zagraża to naszej relacji. Natomiast, oczywiście, wymaga trzymania ręki na pulsie oraz dbania o nasz czas niezwiązany z pracą, i żeby jakoś to przeplatać.
Wytworzyliśmy także różne mechanizmy, na przykład jadąc na szkolenie, staramy się zostać dzień dłużej, żeby trochę odpocząć, po prostu spędzić ze sobą czas. Usilnie łapiemy te chwile, które możemy spędzić razem, i tu zaznaczę, że absolutnie niezgodne z prawdą jest przeświadczenie, że jak się razem pracuje, to się spędza cały czas razem i później nie ma sensu spędzać wspólnie czasu wolnego, ponieważ nawet jeśli cały dzień pracujemy obok siebie, to każdy ma swoje zadania i albo nie odzywamy się do siebie, albo są pytania pod tytułem odpisała pani od kampanii? Po południu, gdy kończymy, to okazuje się, że nie spędziliśmy jako mąż i żona, para, czasu razem i nadrabiamy. Jest to skomplikowane, ale do zrobienia.
Odbierając Nagrodę Bujwidowej w kwietniu tego roku, mówisz, że boisz się i działasz. W jaki sposób radzisz sobie ze stresem? Być może natłokiem obowiązków? Jak rozumiesz to hasło?
Nie powiedziałabym, że zawsze radzę sobie z tym na medal. Jestem orędowniczką tego, żeby osoby działające w przestrzeni publicznej, szczególnie influencerki, dbały o autentyczność, żeby nie tworzyć zakłamanego obrazu idealnych ludzi, ponieważ oglądający to czują się przez to źle. Myślę, że rzeczywiście są osoby, które kompletnie niczego się nie boją, wszystko im wychodzi i tak dalej. Chcę szczerze mówić o tym, że ja też się boję. Z natury mocno przejmuję się opiniami innych, daję sobie samej duże wymagania, stawiam sobie cele bardzo wysoko, jestem niepewna swoich małych i dużych decyzji. Terapia simontonowska i półroczna grupa wsparcia dla kobiet z rakiem pomogły mi pamiętać o tym, że każda decyzja, którą podejmuję w danym momencie, jest najlepszą, jaką mogłam podjąć. Staram się wszystko racjonalizować, dbam też bardzo mocno o to, żeby mieć we wszystkim wsparcie emocjonalne. Czytam bardzo dużo książek związanych z psychologią, odbywam związane z nią szkolenia. Prowadzę notes, w którym staram się rozpracowywać problemy różnymi technikami samopomocy, o których zresztą piszę w nowej książce. Choroba nowotworowa czy mój sukces nie przełączyły mi czegoś w głowie i nie chodzę z nieustannie podniesioną głową, to zawsze jest ciągła praca, która jednak daje ogromne efekty i absolutnie już nie jestem kimś, kto boi się wszystkiego tak, jak kilka lat temu.
Czuję w sobie o wiele większą siłę, dystans, mam już umiejętność racjonalizacji tego, jak ktoś hejtuje mnie w internecie. Wiem, że to w ogóle nie jest o mnie, tylko o nim. Staram się pracować nad tym na co dzień. Niejednokrotnie ktoś pyta mnie, jak to robię, że nie boję się wyjść na scenę. Zawsze odpowiadam, że oczywiście, za każdym jednym razem się boję. Teraz czeka mnie wystąpienie w Senacie i na samą myśl ściska mnie w gardle. Mimo lęku chcę to zrobić i robię wszystko, co mogę, żeby mieć siłę, narzędzia. Wystarcza mi świadomość, że zrobię to najlepiej, jak będę w tym momencie potrafiła.
A czy chcesz powiedzieć, co to za wystąpienie?
Będę mówić o HPV, będę zwracać uwagę na to, w jaki sposób o tym powinniśmy mówić i jak to zrobić, żeby zachęcać ludzi do badań. Jak zwiększać społeczną świadomość, a nie osiągać odwrotny skutek do zamierzonego straszeniem. Temat to profilaktyka raka szyjki macicy, choroby, która dotyka mnie w najczystszej formie.
Co pomogło Ci w zdrowieniu i jak wspierać na przykład chorych bliskich, by ich nie skrzywdzić?
Kontakt z chorobą nowotworową, niezależnie od tego, czy sami na nią chorujemy, czy robi to ktoś, kogo znamy – jest ogromnie trudny. Kompas określający, jak się w tym poruszać, zawsze trochę szwankuje. Działając w temacie chorób onkologicznych, nie można pomijać tego pierwiastka, że jest to ogromnie trudna i graniczna sytuacja. Mimo to mamy narzędzia, aby w sobie budować pewną sprawczość. Możemy sięgać po źródła, które krok po kroku pokazują i prowadzą nas przez to, co robić i czym się zajmować na danym etapie. Warto do nich sięgać. Oprócz tego, w rozmowie dobrze odrzucić często nasuwające się nam, ale potencjalnie szkodliwe hasła i zachowania. Na przykład powtarzanie prostego będzie dobrze, mocną presja siły stosowana wobec osoby chorej, czyli ciągłe musisz być w trybie zadaniowym, walczyć, być silna, bo choroby też trzeba opłakać. Zupełnie bez sensu jest również oczekiwanie od siebie, że będziemy absolutnie wszystko wiedzieć i nie trzeba sięgać po żadną wiedzę czy pomoc.
W kontakcie z osobą chorą na raka warto zadawać konkretne pytania związane z tym, czego potrzebuje, jak możemy pomóc, o czym możemy rozmawiać, a czego w danej chwili unikać. Warto wyrażać swoje wsparcie prostymi słowami: jestem z tobą, możesz na mnie liczyć. Chciałabym też obie strony poprosić o to, żeby uważały na stosowanie tak zwanych podwójnych standardów, na przykład, często rozmawiam z kimś, kto chce, żeby bliska jej osoba chora nie przeciążała się czy nie wychodziła z domu. Jednocześnie, będąc w sytuacji, kiedy ktoś troszczy się o nią, bardzo nie lubi przesadnej kontroli. Tak samo osoby chore, często chcą pomagać innym, wiedzieć wszystko na temat zdrowia swoich najbliższych, w tym samym momencie nie mówiąc ani nie prosząc o nic, żeby nie tworzyć kłopotu. Warto mieć w głowie myśl: co ja bym chciała usłyszeć, co ja bym chciała i jak ja bym chciała w tej sytuacji? i tak traktować innych. To jest moim zdaniem podstawa empatii.
Czym jest patient experience, którym zajmujesz się w swojej pracy naukowej?
W medycynie jest bardzo dużo angielskich określeń opisujących sposoby rozumienia i funkcjonowania opieki medycznej. Patient experience to po polsku „doświadczenie pacjenckie”. To znaczy wszystko, czego pacjent w kontakcie z ochroną zdrowia doświadcza. Jest też value based care, czyli opieka oparta na wartościach; value based medicine, czyli medycyna oparta na wartościach; evidence based care i evidence based medicine, czyli opieka i medycyna oparta na dowodach. Oraz patient centered care, czyli opieka pacjentocentryczna. Wspólnym mianownikiem tych modeli jest prowadzenie opieki zdrowotnej tak, aby korzyści, zalety przewyższały nad wadami. To, czym staram się zajmować na różnych kongresach, w badaniach czy na wykładach, to „miękkie” zakresy opieki medycznej – kwestie komunikacji, wygląd placówki medycznej i gabinetu, czy jak przebiega wizyta. Aktualne dane pokazują, że doświadczenie opieki medycznej jednoznacznie wpływa na związane ze statystykami zdrowotnymi wyniki. Łatwo można to wyjaśnić także bez danych: to, jak ktoś zostanie potraktowany, jak się poczuje czy zrozumie swoją chorobę, wpłynie na podejmowane przez niego decyzje. Czy sięgnie po leczenie, będzie pamiętać o lekach, czy wróci na wizytę? Czy zostaną mu udzielone wszystkie informacje tak, że je zrozumie, czy może będzie musiał wrócić, by o coś dopytać i tym samym zajmie dodatkowe miejsce w kolejce? Opieka zdrowotna w społeczeństwie ma bardzo różne aspekty, ja zajmuję się tymi, które mają przeciwdziałać temu, że wciąż funkcjonuje hasło cham, ale dobry lekarz. Robię wszystko, co mogę, żeby absolutnie zniknęło z obiegowego języka dotyczącego ochrony zdrowia. Cham nie może być dobrym lekarzem i koniec kropka.
W jaki sposób łączysz sztukę z medycyną?
Oddaliłam się przez ostatnie lata od zajmowania się sztuką w sposób, w jaki zajmowałam się nią wcześniej. Przed diagnozą onkologiczną rzeczywiście mocno w niej siedziałam, pracowałam, robiłam zdjęcia, filmy, teledyski, wykładałam tematy związane z filmem i fotografią, bywałam kuratorką wystaw, miałam swoją audycję o sztuce w Off Radio Kraków. Byłam też między innymi w Radzie Programowej Miesiąca Fotografii w Krakowie. Otrzymałam diagnozę tuż przed otwarciem mojej doktorskiej wystawy na Filmówce w Łodzi. Teraz rzeczywiście wciąż rysuję, robię zdjęcia i kręcę firmy, natomiast są głównie związane z kampaniami i umieszczane w mediach społecznościowych. Sztuka zawsze będzie mi bliska, ba, język fotografii był tym, po który przerażona sięgnęłam po diagnozie onkologicznej. Stworzyłam wtedy projekt To się nie zdarza, czyli dwadzieścia zdjęć dotyczących tego, jak wyglądało moje przechodzenie pierwszego rzutu leczenia raka szyjki macicy. Te zdjęcia otworzyły moją obecność działalność, z czego wtedy nie zdawałam sobie sprawy. Zaczęłam być słyszana w ogólnopolskiej przestrzeni publicznej – fotografie zawisły najpierw w Krakowskim Forum Kultury, później w Krakowskim Salonie Sztuki. Zaczęły pojawiać się w telewizji i innych mediach, czasopismach, najpierw w „Mieście Kobiet” i w „Wysokich Obcasach”. Od tego wszystko się zaczęło, więc sztuka zawsze była, jest i będzie mi bliska. Regularnie chadzam do galerii, orientuję się, co w sztuce się dzieje, i lubię mówić, że mimo wszystko pracuję w zawodzie, bo przecież jako polonistka i specjalistka komunikacji społecznej wykładam o tym i piszę książki. Oprócz tego jako absolwentka fotografii i doktor sztuk filmowych nieustannie fotografuję, filmuję i rysuję.
A czy masz jakąś ulubioną artystkę?
Oj, mam ich całe mnóstwo. Zaczynając w naszym kochanym Krakowie, to na pewno wskazałabym Joannę Pawlik, której jestem znajomą, ale przede wszystkim ogromną fanką. Na zagranicznym poletku pewnie Sophie Calle, francuską fotografkę, którą absolutnie uwielbiam, choć z perspektywy czasu myślę, że jej dzieła są nieco niepoprawne, dziś już inaczej patrzymy na pewnego rodzaju voyeryzm, jaki ona stosowała w swoich dziełach w latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych. Uwielbiam kobiety, które głośno opowiedziały sztuką o swojej chorobie nowotworowej: Monikę Mamzetę, Katarzynę Kozyrę. Mogłabym wymieniać bez końca. Ogromnie wspieram kobiety, nie tylko w nauce, ale również sztuce. Dodatkowo poprzez moje szkolenia z Fundacją Rak’n’Roll wspieram to, żebyśmy kontaktowali się ze sztuką i czerpali z niej nie tylko wtedy, gdy się na niej znamy. W ogóle nie potrzebujemy się na niej znać, żeby chodzić do galerii, muzeum czy do skansenu. Na swoich szkoleniach z Rak’n’Roll’em zawsze podaję przykład, że nie jesteśmy profesjonalnymi szefowymi kuchni, a każda z nas gotuje obiady. Nie musimy się znać na sztuce, żeby chadzać do galerii.
Skąd czerpiesz inspiracje do właśnie kreatywnej strony swoich rolek, postów i treści?
Po pierwsze, jestem osobą, nie wiem, czy istnieje takie słowo, ale nadkreatywną. Mam tyle pomysłów i tyle w mojej głowie pojawia się powiązań, to jest nieprawdopodobne. Ogromnie mnie to zaskakuje, codziennie wychodzę spod prysznica z dwoma nowymi pomysłami na rolki. Nie jestem w stanie tego wszystkiego realizować, więc założyłam sobie notes, gdzie są pomysły, które czekają grzecznie na półce. Gdybym rzuciła wszystko i zaczęła realizować każdy kolejny, no to cały mój realizowany na co dzień plan rozsądnej pracy krok po kroku wziąłby w łeb. Po drugie, mój mąż się śmieje, że żyję w takim świecie fantazji. Mam swoją przestrzeń, życiowo-emocjonalną, w której te pomysły mogą powstawać. Zbieram pluszaki, uwielbiam się cieszyć malusieńkimi rzeczami, i nie mam żadnych oporów, żeby radośnie podskakiwać na ulicy. Może to takie wewnętrzne dziecko, które nieustannie bardzo dopieszczam, tworzy przestrzeń dla kreatywności. Po trzecie, przede wszystkim, jestem tego nauczona. Moje pierwsze studia, filologia polska, w dużej mierze polegały na interpretowaniu i na tworzeniu tekstów. Cały czas musiałam kreować i kreatywność analizować. Studia na filmówce w Łodzi to już w ogóle polegały na tym, że otrzymywałam temat, na przykład sacrum profanum albo las, i musiałam to opracować jako film, fotografię lub grafikę. Teraz tematy, które sama sobie zadaję lub zadają mi klienci, to tematy typu: nietrzymanie moczu czy cytologia. Działam tak samo, jak na studiach, biorę temat i zastanawiam się, jak go kreatywnie opracować, żeby to, co pokażę, było zrozumiałe i atrakcyjne. A do tego jeszcze dochodzi mój talent do tłumaczenia ludziom rzeczy tak, że bez problemu je rozumieją. Jestem przekonana, że każdy jest w stanie zrozumieć wszystko, nawet skomplikowane zagadnienia medyczne, jeśli odpowiednio nam się to wytłumaczy. Skoro ja, nie-lekarka, rozumiem tyle medycznych kwestii, to wierzę, że mogę je skutecznie wytłumaczyć innym.
Dołączyłaś do projektu Sewing together. Czy opowiesz o nim? Gdzie możemy go wesprzeć?
Z Mają Kotalą działamy długo, chyba dwa lata temu pomagałam jej stworzyć gazetkę edukacyjną dla kobiet oraz poradnik dotyczący higieny i pielęgnacji przy jednym z rajdów Wiktorii. Pamiętam, że przeżyłam to ogromnie, bo gdy Maja opowiedziała mi, jakie porady dotyczące higieny byłoby dobrze, żebym ujęła. Nasza perspektywa jest absolutnie odmienna, prawie nikt nie musi sięgać po aż tak radykalnie złe sposoby na higienę menstruacyjną. Mamy, oczywiście, w Polsce ubóstwo menstruacyjne, ale nie na taką skalę. Nagrałam wtedy po angielsku krótki film mający wesprzeć dziewczynki i kobiety w tym, żeby czuły się dobrze ze sobą, wierzyły w siebie i pamiętały, że są wystarczające i ważne. Było to puszczane na spotkaniach tego rajdu i dostawałam ogromnie wzruszające firmy, gdzie mówię z komputera: Jestem ważna, jestem wystarczająca, a te dziewczynki, trzymając się za ręce i z zamkniętymi oczami – powtarzają te słowa. W zeszłym i w tym roku rozważałam pojechanie z Mają i pomoc na miejscu, natomiast ilość pracy i koszty biletów, dojazdu troszeczkę mnie pokonały. Dołączyłam, póki co w dość nieznaczny sposób, współtworząc film, który ma zwiększyć świadomość i zareklamować cały wieloletni projekt i pomóc zbierać środki na kolejne rajdy. Maja, która jest absolutnie wspaniałą projektantką mody, od lat wyjeżdża na rajdy wokół jeziora Wiktoria, gdzie wspólnie z dziewczynami szyją wielorazowe podpaski, które są formą walki z ubóstwem menstruacyjnym w miejscu, gdzie, niestety, stosuje się tym celu kawałki szmat, piasek czy pióra. Bardzo ważne, żeby z tym działać, mam nadzieję, że uda mi się w końcu mieć na tyle dużo czasu i pieniędzy, żeby do nich dołączyć. Podziwiam Maję. A nas wszystkich zachęcam ogólnie do pomagania, nie tylko w tej perspektywie, ale też do świadomego przekazywania 1,5% podatku, do tego, żeby na ulicy mieć oczy otwarte, czy komuś nie dzieje się krzywda… Wierzę, że w ten sposób realizujemy bycie dobrym człowiekiem.
Gdzie można znaleźć listy specjalistów, dlaczego warto je sprawdzać?
To śmieszna historia, bo moje listy zaczęły się od tego, że kiedy zaczęłam być widoczna w Internecie, zaczęły do mnie pisać kobiety: Czy znasz dobrego ginekologa w Koninie? Czy znasz kogoś, kogo polecasz, od mięśniaków w Trójmieście? Żeby pomóc, zaczęłam pytać w relacjach na Instagramie: hej, Dziewczyny, macie kogoś w Koninie?. Stwierdziłam, że jeżeli obserwuje mnie kilka, czy później kilkanaście tysięcy osób, to a nuż ktoś napisze i będę mogła wrócić do tamtej osoby z informacją. Byłam wtedy przekonana, że nikt nie stworzył żadnej listy polecanych ginekologów. Potem się okazało, że nie byłam pierwsza, natomiast dziś, po pięciu latach, moja lista teraz funkcjonuje jako najczęściej odwiedzana i najprężniej działająca w Polsce. Odwiedza ją dwadzieścia tysięcy osób miesięcznie na mojej stronie, co więcej, teraz będzie się bardzo rozwijała, bo do naszego zespołu, w którym jestem ja, mój mąż Maciek, oraz Magda Urbańska, która również w Krakowie jest znana z działalności w kulturze, dołączyła niedawno Agnieszka Gadawska, która między innymi pomaga nam rozwijać projekty na stronie internetowej. Lista nigdy nie będzie idealna, o czym zresztą piszę na stronie, bo tak naprawdę system weryfikacji ma swoje nieuniknione ograniczenia. Prowadzenie listy na jednak ogromny sens, bo przynajmniej kilka razy w tygodniu dostaję podziękowania związane z tym, że ktoś wreszcie otrzymał diagnozę czy po prostu został dobrze potraktowany. Obecnie listy są dwie: ginekologów z główną tabelą, gdzie jest ponad dwa tysiące nazwisk z miejscowościami, filtrem NFZ lub prywatnie i kilkunastoma sekcjami, w których są konkretne problemy ginekologiczne i odnośniki do platformy Znany Lekarz, a od niedawna funkcjonuje lista fizjoterapeutek uroginekologicznych, gdzie jest kilkaset nazwisk, ten projekt też ma się dobrze i można tam znaleźć fizjoterapeutkę uroginekologiczną polecaną przez inne osoby. Te projekty są moim oczkiem w głowie. Uwielbiam je i chętnie rozwijam. Marzy mi się też lista polecanych położnych i to jest coś, o co obiecuję zadbać.
Z czego, według Ciebie, wynika fakt, że Polki i Polacy rzadko chodzą do lekarzy?
Przyglądam się temu zjawisku od kilku lat i myślę, że powodów jest kilka – a moje obserwacje mają potwierdzenia w dostępnych danych. Po pierwsze, przez co ja nie chodziłam do lekarza i być może było u mnie powodem rozwoju raka szyjki macicy, to przekonanie, że nic się nie dzieje, czyli nie mam żadnych objawów, które utrudniają mi życie, więc mogę zajmować się tym, czym się zajmuję, nie muszę chodzić do lekarza. Drugi powód to brak czasu. Dzwoni w głowie, że trzeba iść do lekarza raz na jakiś czas, ale ciągle to przesuwamy, nie mając do końca świadomości, ile minęło od ostatniej wizyty, bo cały czas jest coś ważniejszego na głowie. Oczywiście, ważniejszego tylko pozornie. Od kiedy na co dzień pracuję i rozmawiam z kobietami, mogę wskazać również lęk. W jakiejś materii irracjonalny, bo im dłużej nie chodzimy do lekarza, jeżeli coś jest nie tak, tym bardziej może się to rozwinąć i będzie jeszcze gorzej. Emocja lęku jest jednak w stu procentach prawdziwa i ważna, więc nie krytykujmy osób, które się boją. Są osoby, które nie badają się, bo boją się usłyszeć coś strasznego. Są też ludzie, u których lęk przybiera formę ignorancji, czyli przeświadczenia, że lekarz zawsze coś wykryje. Kolejną przyczyną jest wstyd – przed rozebraniem się, pokazaniem swojego ciała czy dotykiem. Zgłaszają się też czasami młode dziewczyny, których na przykład mama mówi, żeby nie chodziły do ginekologa, bo to wstyd nie przed lekarzem, tylko społecznością, to takie jak pójdziesz do ginekologa, to od razu pomyślą, że jesteś w ciąży, albo masz chorobę weneryczną. Podstawą wymienionych powodów jest niewiedza, a ta wynika nie z tego, że nam się nie chce czy że jesteśmy jakieś głupie, tylko z tego, że zbyt mało się o tym mówi, my mamy mnóstwo na głowie i funkcjonuje mnóstwo stereotypów.
Ostatni powód to ten, który, gdy zaczynałam działać, myślałam, że jest sprawą marginalną, a teraz przeraża mnie, ile osób pisze opisuje mi takie doświadczenia. To fakt, że ktoś został tak źle potraktowany u lekarza, że zaprzestał chodzenia. Na przykład, kobieta była u ginekologa i usłyszała tak niewybredny i przemocowy komentarz na swój temat, że prostu to ją straumatyzowało i przez wiele lat do ginekologa nie poszła, bo nie ma w sobie na to siły. Serce pęka. W przypadku tych przeżyć lub ogromnego lęku warto rozważyć konsultację psychologiczną.
W mojej ocenie rozwiązaniem tych problemów jest przede wszystkim edukacja na temat tego, gdzie znaleźć dobrego lekarza, na czym polegają wizyty, dlaczego warto się badać. Wsparcie, bez straszenia, bez pustego obiecywania, że wszystko będzie dobrze. Wierzę, że wsparcie i wiedza, dwa filary mojej działalności, to jest to, co sprawi, że jednak możemy dać się namówić.
To ostatnie pytanie, które, zadajemy wszystkim, więc jaką radę mogłabyś dać kobiecie wkraczającej dopiero w dorosłość, zwłaszcza na rynek pracy?
Nie daj sobie do nóg przyczepić spowalniających kul ze stereotypami powtarzanymi od wieków: że kobieta nie ma na coś szans, że kobieta jest główną odpowiedzialną za dom i nie może rozwijać się tak, jak mężczyzna, że kobieta nie może pracować ze swoim partnerem lub partnerką. Że jakaś branża jest głupia, że bycie influencerką nie jest pracą, tylko głupią zabawą. Że praca w sztuce lub w kulturze to koniecznie musi być zarabianie mało i że to coś niepoważnego i niepotrzebnego. Że praca w nauce, medycynie nie jest dla kobiet, bo sobie nie poradzą. Że dzieci powinno się mieć mniej, albo więcej. To są takie stereotypy, które my, świadome kobiety, często ignorujemy, bo ich brzmienie wydaje nam się tak absurdalnie głupie. Po latach może jednak okazać się, że mimo wszystko te stereotypy wtłaczane nam od dziecka gdzieś w naszej głowie grały i się ich nie wyzbyłyśmy. Warto mieć na to oko, to chyba jest moja rada. Trzymajmy się razem, wspierajmy się, nie projektujmy innym żyć i wspierajmy też facetów, bo w patriarchacie wszystkim nam się dostaje. Walczmy o świat gościnny dla wszystkich, niezależnie od płci, wieku, religii, przekonań, stanu zdrowia.
Powtórzę tutaj ze sceny gali Nagrody Bujwidowej, jeszcze raz dziękując MuHER za nominację: bój się i działaj, czyli jeżeli się boisz, to niech ten lęk, strach nie hamuje Cię w tym, żeby starać się iść swoją drogą i spełniać marzenia. Jest takie proste i trochę głupkowate hasło: lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż że się czegoś nie zrobiło. Ja w nie wierzę. Próbuj i rób swoje.
Wywiad przeprowadziła Aleksandra Fido.