Matka – łódka. Rozmowa z Justyna Streichsbier o projekcie #ODRA

Justyna wyruszyła łódką w podróż do swojego rodzinnego miasta – Kostrzyna nad Odrą. Przez Wisłę, Brdę, Kanał Bydgoski, Noteć i Wartę dotarła do rzeki, którą niedawno dotknęła jedna z najbardziej szeroko komentowanych katastrof ekologicznych w Polsce. Jej osobista historia, udokumentowana przez fotografię, splotła się z historią poranionej Odry. Seria zdjęć stała się częścią poświęconego jej projektowi #ODRA,
realizowanego przez kolektyw Sputnik Photos przy wsparciu European Climate Foundation.

Rozmawiała Milena Soporowska

Po gruntownych życiowych zmianach fotografka rozpoczęła swój niezwykły rejs. tzw. “pychówką”. Taką samą tradycyjną, prostą, drewnianą łodzią parę miesięcy wcześniej wypłynął na Odrę Michał Zygmunt – artysta dźwiękowy, który towarzyszył jej w wyprawie. Czajka – bo tak ją nazwała – zrobiona została przez szkutnika Dominika Wichmana w Szamotach pod Warszawą. Jej transport stał się impulsem do wizualnej opowieści o związkach człowieka z wodą. Spotykamy się, by porozmawiać trochę o kulisach jej powstania.

Co było bezpośrednim impulsem do rozpoczęcia Twojej podróży?
Cel podróży był w sumie prosty – transport łodzi. Wiedziałam, że gdy pokonam ten dystans,
będę umiała się nią posługiwać i nabiorę doświadczenia.

Aparaty wzięłam po to, żeby udokumentować podróż, tak po swojemu, jak każde ważne wydarzenie, które chce się w jakiś sposób zapamiętać. Wybrałam do tego medium, którym najczęściej się posługuję. Nie piszę przecież, robię zdjęcia, ale gdybym pisała, prowadziłabym dziennik. To, co powstało ostatecznie, to rodzaj fotodziennika. Istotne w tym zapisie było dla
mnie użycie aparatów analogowych, które nie dostarczają natychmiastowego efektu. Zobaczenie samego obrazu jest przesunięte w czasie. Jest w tym działaniu pewien element tajemnicy, niepewności i oczekiwania, który bardzo sobie cenię. Nie muszę mieć wszystkiego od razu. Nie ma tej cyfrowej natychmiastowości, która kusi (a z taką pokusą walczę), aby jej efekt od razu udostępnić.

Czasami wykorzystywałam polaroida lub cyjanotypię. Otrzymywałam wtedy nie tylko zdjęcie, ale i namacalny obiekt. Taki obiekt trudniej udostępniać. Być może dlatego jest dla mnie bardziej wartościowy. Ten trud wpisuje się również w płynięcie, czyli fizyczne doświadczanie rzeki. Łódka-pychówka jest bardzo konkretnym, surowym obiektem. A ja potrzebuję fizycznie doświadczać świata. Tak mam.

Jak Twoja wyprawa łączy się z katastrofą ekologiczną na Odrze? Czy był to sposób na
żałobę po swojej rodzinnej rzece?

Stratę związaną z zanieczyszczeniem rzeki poprzedzała ta moja osobista, trwająca latami. Największy wstrząs przeżyłam jednak w momencie utraty pracy, w dodatku kilka miesięcy po rozwodzie. Te sytuacje nie były dla mnie jednak totalnym zaskoczeniem, nie spadły jak grom z jasnego nieba. Można powiedzieć, że do nich dążyłam i się do nich przygotowywałam. Nie spodziewałam się tylko, że wszystkie wydarzą się tak szybko i w tak niewielkich odstępach czasu. Ich kumulacja była dla mnie jak tąpnięcie. Czułam, że spadam, a myśl, że w dużej mierze sama do tego doprowadziłam, tym bardziej nie zapewniała żadnej amortyzacji.

O kupnie łódki myślałam już wcześniej. Nie wiedziałam jednak, czy w ogóle ją dostanę, ani czy dokładnie w takim terminie, w którym chciałam. Przygotowywałam się już na scenariusz, w którym mogę czekać na nią do przyszłego sezonu, a nawet nie doczekać się jej wcale.

W momencie, kiedy zdawało mi się, że wszystko w życiu wali mi się na głowę, przyszła odpowiedź od szkutnika, że łódka jest gotowa. Nazwałam ją Czajka. Pojechaliśmy po nią z Michałem Zygmuntem, który kupił taką samą łódkę kilka miesięcy wcześniej. Wsiedliśmy na nią, zaczęliśmy płynąć – wtedy zaczęło być coraz głośniej o katastrofie na Odrze.

Katastrofa za katastrofą.


Można więc powiedzieć, że wystąpiła tu jakaś wyjątkowa synchronizacja. Patrząc teraz z
perspektywy zakończonej podróży, na czym polega to specyficzne połączenie pomiędzy
Tobą a Odrą?

Temat Odry był cały czas obecny podczas podróży: poprzez wywiady Michała, w naszych
rozmowach, przemyśleniach i w docierających do nas zdjęciach dokumentujących śmierć
tysiąca ryb. Fotografie które zrobiłam nie pokazują samej Odry, ani tragedii, ale na pewno stały
się częścią projektu o niej – w tym sensie jest ona na pierwszym miejscu.

A może to strata jest na pierwszym miejscu?

To, co wiedziałam wchodząc na rzekę to to, że nie mogę sobie pozwolić na powrót do poprzedniego życia, na powrót do siebie takiej, jaką byłam, bo to grozi dla mnie kolejną życiową katastrofą. I nie tylko dla mnie, ale i dla moich bliskich. Wracałam do domu, do miejsca, które znam od lat. Trudniej jest zmienić siebie, życie, przebywając w tym samym miejscu, chodząc tymi samymi ulicami, spotykając się z tymi samymi ludźmi. Nie wyjechałam do innego kraju, zmieniłam tylko perspektywę, jakbym zrobiła krok w bok. Trasę Warszawa – Kostrzyn znam z dróg kolejowych i samochodowych. Perspektywa rzeki, czyli trasa Wisła – Odra, jest zupełnie innym doświadczeniem, które doprowadziło do rozpoczęcia mojej wewnętrznej zmiany, czy też ją przypieczętowało. Nie mam wątpliwości, że to rzeka mi w tym pomogła. Ta podróż to potwierdzenie tego, że już nie wrócę do życia, które miałam, czyli nie wejdę już drugi raz do tej samej rzeki. Nie dlatego, że będę mieć inne życie, ale dlatego, że ja jestem inna.


Dzięki Twojemu rejsowi zapoczątkowałaś ważną dla Ciebie wewnętrzną zmianę. Zmieniła się również Odra.
W kontekście katastrofy na Odrze również nie wejdziemy do tej samej rzeki i też nie dlatego, że nagle zmienił się skład samej wody (podobno Odra już wcześniej była ściekiem), tylko dlatego, że poszerzyliśmy naszą wiedzę o niej. Katastrofa, spowodowana kumulacją różnych czynników, sprawiła, że uświadomiliśmy sobie rozmiar degradacji środowiska wodnego. Analogia jaką widzę pomiędzy swoją historią a katastrofą na Odrze jest dla mnie bardzo klarowna.

Jeśli nie zmienimy podejścia do rzek, to zmienią się rzeki i będą to tragiczne w skutkach zmiany.

Jak długo trwała Twoja podróż? Jak długo byłaś poza lądem?
Podróż, oczywiście z przerwami, trwała około miesiąca, może mniej. Właściwie trudno powiedzieć ile nam i mi (nie zawsze płynęłam z Michałem) to zajęło. Ze względu na pogodę czy różne nasze zobowiązania schodziliśmy czasem z łódki. Spory kawałek płynęłam również z córką. Ale praktycznie codziennie śniło mi się, że płynę, więc może nie zeszłam z niej ani razu.

Ciekawe, że z perspektywy rzeki zupełnie inaczej doświadcza się przestrzeni i czasu. W trakcie
płynięcia łapałam się na tym, że nie wiem zupełnie gdzie jestem, albo ile czasu poświęcam
jednemu zagadnieniu, jednej myśli. Czy to było 5 minut? A może godzina, dwie? Może to już za

dużo, może powinnam pomyśleć o czymś innym. Taka lekka dezorientacja na, wydawało mi się,
znanym obszarze dobrze mi robi. Nie dość, że wymaga uważności, to totalnie odświeża.

Mówisz, że dobrze robi Ci odświeżenie. Czy przebywanie na wodzie zmieniło Twoją codzienną rutynę? Jaką nową perspektywę zyskałaś wyruszając w swoją “pierwszą rzeczną podróż”?
Okazało się, że lepiej odnajduje się na łódce niż w domu. Dlatego muszę się pilnować, zresztą jak zwykle, żeby nie odpłynąć za daleko. Jeśli potraktuje się to zdanie jako metaforę, też będzie się zgadzać. Mam dwójkę dzieci, jestem za nie odpowiedzialna, jeszcze nie czas na odległą podróż. Na pewno ta łódka otworzyła mnie na możliwości, o których wcześniej nie myślałam.

Całkiem niedawno rozmawiałam ze znajomą, której dzieci już „wylatują z gniazda”. Podzieliłam się z nią moimi obawami o to, jaką matką jestem dla swoich dzieci. Przytoczyłam wówczas rozmowę z kolegą, również ojcem dwójki dzieci. Powiedziałam mu wówczas, że dzieci to moja kotwica, że bez nich pewnie byłabym już gdzie indziej, niekoniecznie w dobrym miejscu. Na co kolega odpowiedział mi – z pewnym oburzeniem – że to przecież ja powinnam być dla swoich dzieci kotwicą. Powinnam być czymś stabilnym, nienaruszalnym, czymś bezpiecznym. Znajoma uświadomiła mi jednak, że wcale nie musi tak być, nie muszę być matką-kotwicą, która zatrzymuje. Mogę być matką-łódką, i że taka łódka – nie dość, że jest stabilna – to w dodatku płynie. To porównanie bardzo mi się spodobało.

Czy planujesz kolejne takie rzeczne wyprawy?
Bardzo bym sobie tego życzyła, na razie można powiedzieć, że planuję po cichu: zapisuję pewne pomysły i mam nadzieję, że coś z tego wyklaruje się na przyszłość. Ale póki co uczę się odpuszczania, czyli pracuje nad tym, żeby za bardzo nie chcieć, nie tworzyć nowych pragnień, żeby nie frustrować się, że na przykład nie mogę teraz pozwolić sobie na ich realizację. Obecnie szykuje się do nowej pracy, w której raczej nie będę mogła pozwolić sobie na dłuższe urlopy. Ta praca przyszła do mnie w trakcie mojej ostatniej podróży. Traktuję ja jako kolejny „rzeczny prezent”. Zmiany nie są łatwe. Na razie będę trzymać się ziemi, potrzebuję stałego dochodu. Łódkę planuję przygotować na zimowanie w Kostrzynie i uzbierać na własny silnik, z którym nie będę musiała już tyle walczyć podczas rozruchu.

A co dalej, zobaczymy.

Resztę projektów wchodzących w działanie #ODRA realizowane przez kolektyw
Sputnik Photos przy wsparciu European Climate Foundation możecie śledzić na
Facebooku i Instagramie kolektywu:


https://www.facebook.com/sputnikphotos
https://www.instagram.com/sputnikphotos/

Rafał Milach, Justyna Streichsbier, Michał Łuczak, Adam Pańczuk, Agnieszka
Rayss i Karolina Gembara zbierają historie o katastrofie ekologicznej na Odrze
współpracując z dziennikarzami_kami i aktywistami_kami.


Justyna Streichsbier – Absolwentka Akademii Morskiej w Szczecinie. Uczestniczyła w Programie Mentorskim Sputnik Photos 2019/2020. Studentka Akademii Sztuki w Szczecinie. Animatorka. Współtworzy i koordynuje projekty w zakresie animacji i edukacji kulturalnej. Finalistka 20 edycji Artystycznej Podróży Hestii (Atlas Ptaków) i wrocławskiego TIFF OPEN 2021 Medium fotografii wykorzystuje w dwóch celach: społecznego zaangażowania i własnej obserwacji. Od 2014 roku ściśle współpracuje ze Statkiem Kultury.

Fot. Mateusz Madej